Coś w człowieku

Coś w człowieku

Ambicja w życie z hukiem wpada,
do przodu siłą pcha i każe,
płynąc wraz z rzeką po kaskadach,
w jawę zamieniać stosy marzeń.

Z determinacją biegnie bronić
poczucia skrytej w głąb wartości,
lecz gdy się uda ją dogonić
odda garść cennych kosztowności:

szlachetną dumę,
honor,
sławę,
pozycję,
sukces,
powodzenie,
własnej miłości wieczną strawę
imieniu wielkie zaś znaczenie.

Lecz kiedy stanie pośród zgliszczy
umysł potrafi skarcić srodze,
bo jak szarańcza wszystko zniszczy
co tylko stanie jej na drodze.

I chociaż czasem jest przekleństwem,
to chyba lepiej z tą kokietką,
być wciąż przykładnym małżeństwem,
niż bez niej zwykłą marionetką.

Rawa Mazowiecka – grudzień 2006

Do Magdy

Do Magdy

Nie pokocham obcej ziemi jak Ty z Tomem
W chłodnej Szwecji, Kolorado czy Greenfordzie
Ja na zawsze cumę splotłem z polskim domem,
Ty kotwicą zawsze jesteś w Jego porcie.

Na obczyźnie zmienny klimat wciąż wygina
Kruche kotwic trzony w żelazne atrapy
Wątłych ramion zatopionych w wód głębinach,
W przytwierdzone do dna rzeki ostre łapy.

Niech więc serce zawsze polskim bije tempem,
I niech polską łzą cierpienie Twe zapłacze,
Nie ugrzęźnij na mieliźnie będąc werpem,
Płyń z fortuną, nie z drobiazgiem, jak drapacze.

Londyn 2005-07-25

Krakowskie wspomnienie II

Krakowskie wspomnienie II

Pokazał mi miasto inne,
takie wiosenno – zielone,
bardziej dziewicze, niewinne,
bez zgiełku i nie zmęczone.
Widziałem ze szczytu góry,
jak Wisła wije się biała,
w odbiciu pierzastej chmury,
pod zamkiem w Przegorzałach.
A potem oczy ujrzały
wbitą, jak grafit w ołówku,
wodę w pożółkłe skały,
z przystanią na Zakrzówku.
W końcu gdy księżyc się chował,
ja ciągle jeszcze nie spałem,
pokazał mi ciszę Krakowa,
przerwaną pierwszym hejnałem.

Rawa Mazowiecka – styczeń 2007

One-way ticket

One-way ticket

Patrząc w szybę pociągu nie chciała wierzyć, że
miesiąc minął tak szybko, jak szybko mknął TeGeVe.
W kasie bilet kupując, prosiła: „w dwie strony,
a czy w składzie odnajdę do szczęścia wagony”?
Był jeden, malusieńki, w nim jeden pasażer,
który także po szczęście wyruszał w wojaże.
Czekał na nią z bukietem miłości w ramionach
wierząc, że nieznajomą do niej wnet przekona.
Serca zabiły szybciej niż stukot kół w szynach,
złapała iskrę w dłonie zbłąkana dziewczyna.
A potem niczym wstęga, od słowa do słowa,
zaczęła wić się pełna tajemnic rozmowa.
Gdy nagle pociąg stanął wśród peronów alej,
ona rzekła wbrew sobie: „jadę z panem dalej”.
Trzymając się za dłonie pomknęli do baru,
wreszcie on ją zapytał po rumieńcach paru:
„czy zechcesz ze mną spędzić jedną noc w przedziale”?
„Pewnie” – odrzekła szybko, znów nie myśląc wcale.
Nad ranem czas – konduktor zdjął senną zasłonę,
a bilet, który oddał był już w jedną stronę.
I patrząc na szczęśliwców złączonych w ramionach,
rzekł: „bilet proszę schować podróż nie skończona”.

Warszawa – grudzień 2006

Zachód słońca w Afryce

Zachód słońca w Afryce

Słońce patrzyło na Ziemię coraz dłuższym cieniem,
kiedy samochód jak zjawa wyrósł z kłębowiska,
wioząc dwóch mężczyzn wtopionych w maszynę zmęczeniem,
do położonego głęboko w buszu legowiska.
Czekał tam na nich gospodarz, Anglik starej daty.
Jako, że piąta w zegarze wybiła godzina,
siedział przy stole z dzbanuszkiem indyjskiej herbaty,
w linię wpatrzony co niebo i ziemię rozcina.
Goście podobnie jak Anglik zasiedli w milczeniu,
oczy zdziwione kierując na plan obserwacji:
szczerby spieczonej przestrzeni w rudawym odcieniu,
żarem suszone czupryny wytrwałych akacji.
Słońce tymczasem kucnęło pod słomianą strzechę,
błękit nieba zmieniając w różową plandekę.
Nagle dźwięk jakiś z oddali doleciał wraz z echem,
słonie w0łając do marszu z zarośli nad rzekę.
Wezwał gospodarz klaśnięciem wiernego Murzyna.
Kazał mu przynieść karabin, wyczyścić wyciorem.
Sługa za chwilę przytaszczył wielkiego obrzyna
z lufą jak trąba, zwieńczoną szerokim otworem.
Słońce wędrówką zmęczone stykało się z lądem
kolor czerwieni rzucając na bezmiar Afryki,
w głębi którego zabrzmiały przesycone mordem,
przed wieczorną biesiadą, zwierzęce okrzyki.
Murzyn broń nabił rubaszną, Anglik wycelował
prosto w cyferblat czerwony podniebnego gońca.
Strzelił i w końcu do gości wymamrotał słowa:
miło usłyszeć jest wystrzał o zachodzie słońca.

Rawa Mazowiecka – styczeń 2007

A Ty nic nie mów

A Ty nic nie mów

Nie można mieć wszystkiego, zrozumieć to musisz,
nie można wyczarować pstryknięciem palucha.
Bo przecież obwoluta tylko zmysły kusi.
A teraz Ty nic nie mów, tylko mnie posłuchaj.
Czy nie lepiej siać radość z posiadanej władzy,
którą łatwo jest w sobie utrzymać na wodzy?
Zobacz, dzisiaj królowie są przeważnie nadzy,
chociaż bardzo bogaci, to jednak ubodzy.

Nie można dla serc wszystkich swojego otwierać.
Nie w każdym sercu znajdziesz szlachetnego ducha.
Pragną to co najlepsze dla siebie pozbierać,
a teraz Ty nic nie mów, tylko mnie posłuchaj.
Chyba lepiej jest w dłoniach trzymać mocno stery,
prywatnego okrętu dla własnej załogi,
dmuchać w żagle wraz z wiatrem zdrowej atmosfery,
by załoga nie poszła, gdzie poniosą nogi.

Nie można żyć w bezkresnym świecie zawziętości,
lepsza jest od uporu niekłamana skrucha.
Kto przepraszać nie umie, nie zazna miłości.
A teraz Ty nic nie mów, tylko mnie posłuchaj.
Nie odnajdziesz Sezamu, nie chcąc wybrać drogi,
Wnet ognisko wygaśnie, kiedy cisza głucha.
Więc przełam swymi dłońmi lodowate progi
i zanim coś wypowiesz, lepiej mnie posłuchaj…

Rawa Mazowiecka – styczeń 2007

Hymn Puławskiej „Fali”

Hymn Puławskiej „Fali”

Port nasz nigdy nie zatonie
Nie ustąpi falom brzeg
Bo go wzięła w swoje dłonie
Najpiękniejsza z polskich rzek.

W sercach łodzi iskra płonie
Pod kadłubem śruby stal
Zamiast wiatru silne konie
Wypuszczamy w grzbiety fal

Fala każdą toń wygładzi
Fala w herbie naszych wrót
Fala zawsze tam prowadzi
Gdzie puławski czeka gród.

Puławy – maj 2007

Zapach kobiety

Zapach kobiety

Bardzo chciałbym by częściej myśl mogła się rodzić,
bo tak rzadko ją każdy dostrzega niestety,
że można głodne zmysły bez reszty uwodzić,
osobliwym zapachem wybranej kobiety.
Można pływać wśród dymu z ogniska w jej włosach,
w zapach morza zanurzyć, gdy łez fale płyną,
w bukiet z łąki zebrany, gdy stąpa po kłosach,
w wonność deszczu na wiosnę pod chmur peleryną.
Można skryć się w aromat po leśnym spacerze,
wonią potraw smakować, gdy strawę gotuje,
pyłem lawy zaciągnąć w kipiącym kraterze,
skąpać w miodu pachnidle, gdy usta całuje.
Można jeszcze pociągnąć perfumy dziewiczej
zmieszanego z wysiłkiem okrzyku ekstazy,
żeby móc jak najczęściej z promiennym obliczem
pozostawać w ramionach zapachów oazy.

Rawa Mazowiecka – maj 2007

Pocałunek

Pocałunek

Oprawię go w trzy ramy wspomnień.
Umieszczę w pamięci albumie,
bym zawsze nań patrząc przytomnie,
mógł sens jego znaczeń zrozumieć.

Jednej z ram kształt nadam kwiatu
w odcieniu, ze wszystkich, najbielszym,
by wzór wiosennego prymatu
wciąż znaczył, że był dla mnie pierwszy.

Kolejna z ram będzie zjawiskiem,
jak deszcz meteorów, kosmicznym,
by nagłym wspomnienia rozbłyskiem
mówiła, że był spontaniczny.

Ostatnia z ram będzie zwierciadłem
pomiędzy wcześniejsze wstawionym,
bym widząc dar, który posiadłem
wiedział, że był odwzajemniony.

Rawa Mazowiecka – styczeń 2009

Bliskie spotkania

Bliskie spotkania

Nie pamiętam już kiedy przyszedł po raz pierwszy.
Rękę do mnie wyciągnął i z kolan podźwignął.
Ogień ciała drżącego w gorączce pomniejszył,
żebym w walce o honor oszczerców prześcignął.

Potem spotkania nasze były jakby rzadsze.
Widywałem go jednak, kiedy widzieć chciałem.
Lecz, tak jak wierny kompan, on trwał przy mnie zawsze,
ja zaś, idąc przed siebie, o nim zapominałem.

Aż raz zjawił się w najmniej spodziewanej chwili,
kiedy od ostrza brzytwy krwawiły mi dłonie,
kiedy czułem że w zdradzie i morzu promili
ciało me wraz z duszą błyskawicznie tonie.

Stanął nade mną znowu z wyciągniętą dłonią,
spod powierzchni wyciągnął zatopioną głowę
i nad pulsującą, chęcią zemsty, skronią
krzyk rozpaczy zamienił we wspólną rozmowę.

Choć od walki z otchłanią minęło lat wiele
do dzisiaj idę przy Nim wsłuchując się w słowa,
otuchy budującej kręgosłup w mym ciele,
przeplecionej nadzieją w codziennych rozmowach.

Rawa Mazowiecka – wrzesień 2007